|
|
|
|
MARATON KARKONOSKI I NIE TYLKO...
Mimo że pora roku nie pasuje do imprezy, którą chcę
Jako że startowałem także w pierwszej edycji, wiedziałem, że jest to wyzwanie wymagające wiele sił i energii, ale ze względu na niezapomniane widoki, gdyż trasa przebiega przez Karkonoski Park Narodowy, szczytami górskimi ze Szrenicy, poprzez Śnieżne Kotły, Wielki Szyszak, szlakiem nad Samotnią, stromym wejściem na Śnieżkę i z powrotem tą samą trasą na Szrenicę. Byłem pewien, że dołożę wszelkich starań, aby zaliczyć jeszcze raz tę urokliwą trasę. Ze względu na specyfikę biegu liczba startujących tam osób jest ograniczona i wynosi ok. 300, a chętnych jest kilkakrotnie więcej, dlatego musiałem wcisnąć się na listę startową „kuchennymi drzwiami". Bieg rozpoczyna się ze szczytu Szrenicy o 9 rano, więc zarezerwowałem sobie nocleg i wyjechałem do Szklarskiej Poręby przed południem 6 sierpnia, wiedząc, że ostatni wjazd kolejką na szczyt Szrenicy jest o 16. Jechałem spokojnie, z zapasem czasowym, nie przewidziałem jednak, że będę przejeżdżał przez Bolków, w którym to mieszkają moi bardzo dobrzy znajomi. Po rozmowie telefonicznej trudno mi się było oprzeć smakołykom, jakie mi zaproponowali, tak więc godzinka uciekła „jak z bicza strzelił". I tak się stało, że na stację kolejki zdążyłem dosłownie „rzutem na taśmę", zostawiając po drodze samochód u gospodarza, gdzie rok wcześniej spędzałem wakacje. Gdy już udało mi się wskoczyć na fotelik kolejki, z moimi bagażami, zaczął padać deszcz, a ja cóż, próbowałem chronić się foliowym płaszczem, ale do schroniska dotarłem przemoczony. Tam, po załatwieniu formalności, wylądowałem w pokoju dwuosobowym, który dzieliłem z Wojtkiem z Bogatyni. Nawet ucieszyło mnie to, bowiem po maratonie również wybierałem się do tego miasta, jako że moja rodzina tam przebywała. Postanowiliśmy jechać razem. Wieczór przed biegiem spędziliśmy na kilkugodzinnych rozmowach w schroniskowej stołówce o przeżyciach związanych z bieganiem, aż obsługa musiała „pogonić" nas do pokoi. Po przebudzeniu wcześnie rano aura nie napawała optymizmem, zimno, deszcz i mgła, prognozy na później nie wróżyły również nic dobrego. Wiedząc, że będzie przechlapane, przygotowałem na trasę odpowiednie odżywki i odzież, aby nie wychłodzić organizmu i wrócić na metę „w jednym kawałku". Gdy miała wybić 9 staliśmy stłoczeni u wyjścia ze schroniska, jako że na zewnątrz ulewa i grzmoty. Kilku osobom siadła „psycha" i wycofali się ze startu, a może po prostu wykazali zdrowym rozsądkiem…? Przed wybiegnięciem dowiedzieliśmy się, że trasa została skrócona do 30 km. Trochę byłem zawiedziony, gdyż przyjechałem na maraton, a tu… Wreszcie odliczanie i GO! ruszyła machina. Mając doświadczenie, na początku oszczędzałem siły, wiedząc, że liczy się to jak skończę, a nie jak rozpocznę bieg. Sam bieg i sceneria były niesamowite. W ubiegłym roku upał i piękna pogoda, a teraz ulewa i grzmoty z niebios, zwielokrotnione echem odbijającym się wśród górskich szczytów. Poczułem wtedy swą „małość" jako człowieka, a jednocześnie ogromną siłę, może nie fizyczną, ale taką wewnętrzną, i radość, że dane jest mi być tu i teraz. Wśród rozmyślań (niektórzy mówią na to samotność długodystansowca) umknęło mi 10 km i nagle gruchnęła wiadomość, że ze względu na bezpieczeństwo trasa została skrócona do 23 km, wtedy to bardzo się zezłościłem. Okazało się, że niepotrzebnie brałem tyle odżywek, odzieży, którą musiałem dźwigać, nieodpowiednie było także tempo biegu. Także określenie-zezłościłem-brzmi w tym miejscu łagodnie. Po nawrotce zdjąłem kurtkę, zapakowałem w podręczny plecak i ruszyłem w powrotną drogę. Teraz wiem, że organizator podjął słuszną decyzję, bo powrót był jednym wielkim brnięciem, miejscami po pas w wodzie. Udało się! Mimo że przemoczony, trochę wyziębiony, z pewnym niedosytem, ale zadowolony! Jeszcze tylko fotka na mecie z flagą Klubu Biegacza Geotermia Uniejów i długo oczekiwana kąpiel. W tym miejscu można by zamknąć tę historię, gdyby nie to, że bardziej stresująca część jeszcze była przede mną… Po zakończeniu imprezy okazało się, że nie można zjechać na dół, gdyż kolejka jest nieczynna, ze względu na wyładowania atmosferyczne. Oprócz tego dochodziły wieści, iż droga w kierunku Jeleniej Góry jest nieprzejezdna. Nie miałem też kontaktu z rodziną, wiedząc, że wybrali się z Bogatyni do Szklarskiej Poręby i po drodze utknęli w czeskim mieście Frydland. Po nerwowym oczekiwaniu kolejkę uruchomiono i podjęliśmy z Wojtkiem decyzję, że czas ruszać w drogę. W międzyczasie dodzwoniłem się do żony, dowiadując się, że miasto, w którym utknęli, jest całkowicie zalane. Ewakuowano ich na dworzec kolejowy, z którego po kilku godzinach ruszyli pieszo z powrotem do Bogatyni. Gdy po kilkunastokilometrowym marszu udało im się dotrzeć na miejsce, ujrzeli krajobraz jak po bitwie, na szczęście dom, w którym mieszkali, nie był zalany. Poczułem wtedy ulgę, lecz jednocześnie chęć, aby jak najszybciej tam się znaleźć. Zastanawialiśmy się z Wojtkiem, którędy jechać i doszliśmy do wniosku, że najlepiej będzie przez czeski Liberec. Mój towarzysz także przeżywał nerwowe chwile, ponieważ co jakiś czas żona dzwoniła do niego, że woda wdziera się do piwnic ich domu. Na domiar złego w Harrachowie zatrzymała nas policja. Kiedy usłyszeli, że jedziemy do Bogatyni przez Liberec stwierdzili, że tamtędy nie przejedziemy, gdyż Liberec jest częściowo zalany. Wiadomo, że Polak… itd. Pojechaliśmy więc dalej. Przy wjeździe do miasta drogi były już częściowo pozamykane, ze względu na powódź, a przede wszystkim ta, która interesowała nas najbardziej. Przy przejeżdżaniu przez wiadukt zobaczyliśmy w dole pozalewane ulice, wystające z wody dachy samochodów. Na drogach tworzyły się korki, w powietrzu można było wyczuć atmosferę nerwowości, paniki wręcz. Nad nami krążyły śmigłowce ratunkowe i stacji telewizyjnych. Wokół słychać było wycie najrozmaitszych „syren". Pomyślałem, że mamy przerąbane. Po krótkiej naradzie postanowiliśmy spróbować przebić się do Niemiec. Nie będę tu opisywał całej drogi, ale po niemałym trudzie udało nam się dotrzeć do niemieckiego miasteczka Zittau. Myśleliśmy, że może tutaj uda nam się przeprawić na drugą stronę Nysy. I co… zamiast ulic płynęły rzeki, mosty i drogi także były pozamykane. Po tym wszystkim kolana zaczęły się pode mną uginać. Nasza jazda po mieście wyglądała tak, że aby przejechać na drugą stronę ulicy Wojtek zdjął buty, podwinął spodnie i aby zbadać teren przechodził najpierw pieszo przez wodę, a za nim ja przejeżdżałem samochodem. Znowu narada i decyzja, aby jechać „w górę" Niemiec na Libau. Po drodze znowu blokada policyjna. Szczęka mi opadła. Jak tu się z nimi dogadać? Zadzwoniłem do córki, która studiuje germanistykę, aby spytała ich, czy przejedziemy tędy do Libau, i czy nas przepuszczą. Facet miał zdziwioną minę, gdy podszedłem podając mu telefon, ale wziął go przykładając do ucha. Po krótkiej chwili usłyszałem szwargotanie w pogańskim języku, jakieś „klajne". Okazało się, że przejedziemy małym objazdem. Ruszliśmy, a ja zastanawiałem się, czy na to „klajne" wystarczy mi paliwa. W międzyczasie miałem telefon od córki, nakrzyczała, że mamy zawrócić i przeczekać(!), gdyż w kierunku Zgorzelca idzie sześciometrowa fala wody. Nie muszę tu mówić, iż bardzo „podbudowała mnie" tym. Po przejechaniu kilkunastu kilometrów jakimiś opłotkami dotarliśmy do głównej drogi, a tu barykada z worków z piaskiem, aby woda nie spływała na główną drogę. Popatrzyliśmy na siebie, w dole stały wozy straży pożarnej i policji. Szybka decyzja… nie uśmiechało nam się wracać, mieliśmy dość. Wojtek ciągle na boso, a ja w butach wyskoczyliśmy do wody i błyskawicznie odstawiliśmy worki tak, aby móc przejechać. Przemknąłem szczeliną na główną drogę, ku wolności, a następnie uporządkowaliśmy z powrotem barykadę. Tak szybko to zrobiliśmy, że nikt chyba nie zauważył. Nadzieja wstąpiła w serca. Teraz było już blisko. Pozostał tylko wyścig z czasem. Naciskałem ostro na gaz i tak minęliśmy Libau. Przed nami tylko Zgorzelec. Stwierdziliśmy, że most w mieście może być zamknięty, dlatego skierowaliśmy się na most autostradowy w Jędrzychowicach, a gdy widzieliśmy, że ruch aut od strony Zgorzelca jest płynny wiedzieliśmy, że się uda. O 22 na oparach paliwa zatrzymałem samochód na stacji benzynowej w Zgorzelcu. Zdążyliśmy! Poczułem ogromną ulgę. Wojtek miał przenocować u rodziców w Zgorzelcu, gdyż droga do Bogatyni była nieprzejezdna, ja zaś cóż, jak na skrzydłach pomknąłem do Uniejowa. 360 km było dosłownie spacerkiem po bułeczki w porównaniu z wcześniejszymi przeżyciami. Tak oto zakończyła się kolejna przygoda, która zostaje gdzieś, w zakamarkach umysłu do końca życia. Narodziła się zaś nowa, prawdziwa, męska przyjaźń… Włodzimierz Chajdas Maraton Karkonoski i nie tylko… Włodzimierz Chajdas |


