PDF Drukuj Email

MARATON KARKONOSKI I NIE TYLKO...

 

Mimo że pora roku nie pasuje do imprezy, którą chcę
opisać, jednak myślę, iż warto podzielić się wrażeniami z niej, ze
względu na nietypowy klimat i scenerię. Chodzi mianowicie
o Maraton Karkonoski, którego druga edycja odbyła się 7 sierpnia
2010 roku.

 


Jako że startowałem także w pierwszej edycji,
wiedziałem, że jest to wyzwanie wymagające wiele sił i energii, ale
ze względu na niezapomniane widoki, gdyż trasa przebiega przez
Karkonoski Park Narodowy, szczytami górskimi ze Szrenicy,
poprzez Śnieżne Kotły, Wielki Szyszak, szlakiem nad Samotnią,
stromym wejściem na Śnieżkę i z powrotem tą samą trasą na
Szrenicę. Byłem pewien, że dołożę wszelkich starań, aby
zaliczyć jeszcze raz tę urokliwą trasę. Ze względu na specyfikę
biegu liczba startujących tam osób jest ograniczona i wynosi ok.
300, a chętnych jest kilkakrotnie więcej, dlatego musiałem
wcisnąć się na listę startową „kuchennymi drzwiami".
Bieg rozpoczyna się ze szczytu Szrenicy o 9 rano,
więc zarezerwowałem sobie nocleg i wyjechałem do Szklarskiej
Poręby przed południem 6 sierpnia, wiedząc, że ostatni wjazd
kolejką na szczyt Szrenicy jest o 16. Jechałem spokojnie,
z zapasem czasowym, nie przewidziałem jednak, że będę
przejeżdżał przez Bolków, w którym to mieszkają moi bardzo
dobrzy znajomi. Po rozmowie telefonicznej trudno mi się było
oprzeć smakołykom, jakie mi zaproponowali, tak więc godzinka
uciekła „jak z bicza strzelił".
I tak się stało, że na stację kolejki zdążyłem dosłownie
„rzutem na taśmę", zostawiając po drodze samochód u gospodarza,
gdzie rok wcześniej spędzałem wakacje. Gdy już udało
mi się wskoczyć na fotelik kolejki, z moimi bagażami, zaczął
padać deszcz, a ja cóż, próbowałem chronić się foliowym
płaszczem, ale do schroniska dotarłem przemoczony. Tam, po
załatwieniu formalności, wylądowałem w pokoju dwuosobowym,
który dzieliłem z Wojtkiem z Bogatyni. Nawet
ucieszyło mnie to, bowiem po maratonie również wybierałem
się do tego miasta, jako że moja rodzina tam przebywała.
Postanowiliśmy jechać razem. Wieczór przed biegiem
spędziliśmy na kilkugodzinnych rozmowach w schroniskowej
stołówce o przeżyciach związanych z bieganiem, aż obsługa
musiała „pogonić" nas do pokoi.
Po przebudzeniu wcześnie rano aura nie napawała
optymizmem, zimno, deszcz i mgła, prognozy na później nie
wróżyły również nic dobrego. Wiedząc, że będzie przechlapane,
przygotowałem na trasę odpowiednie odżywki i odzież, aby nie
wychłodzić organizmu i wrócić na metę „w jednym kawałku".
Gdy miała wybić 9 staliśmy stłoczeni u wyjścia ze schroniska,
jako że na zewnątrz ulewa i grzmoty. Kilku osobom siadła
„psycha" i wycofali się ze startu, a może po prostu wykazali
zdrowym rozsądkiem…? Przed wybiegnięciem dowiedzieliśmy
się, że trasa została skrócona do 30 km. Trochę byłem
zawiedziony, gdyż przyjechałem na maraton, a tu…
Wreszcie odliczanie i GO! ruszyła machina. Mając
doświadczenie, na początku oszczędzałem siły, wiedząc, że liczy
się to jak skończę, a nie jak rozpocznę bieg. Sam bieg i sceneria
były niesamowite. W ubiegłym roku upał i piękna pogoda, a teraz
ulewa i grzmoty z niebios, zwielokrotnione echem odbijającym
się wśród górskich szczytów. Poczułem wtedy swą „małość" jako
człowieka, a jednocześnie ogromną siłę, może nie fizyczną, ale
taką wewnętrzną, i radość, że dane jest mi być tu i teraz. Wśród
rozmyślań (niektórzy mówią na to samotność długodystansowca)
umknęło mi 10 km i nagle gruchnęła wiadomość, że ze względu
na bezpieczeństwo trasa została skrócona do 23 km, wtedy to
bardzo się zezłościłem. Okazało się, że niepotrzebnie brałem tyle
odżywek, odzieży, którą musiałem dźwigać, nieodpowiednie
było także tempo biegu. Także określenie-zezłościłem-brzmi
w tym miejscu łagodnie. Po nawrotce zdjąłem kurtkę,
zapakowałem w podręczny plecak i ruszyłem w powrotną drogę.
Teraz wiem, że organizator podjął słuszną decyzję, bo powrót był
jednym wielkim brnięciem, miejscami po pas w wodzie. Udało
się! Mimo że przemoczony, trochę wyziębiony, z pewnym
niedosytem, ale zadowolony! Jeszcze tylko fotka na mecie z flagą
Klubu Biegacza Geotermia Uniejów i długo oczekiwana kąpiel.
W tym miejscu można by zamknąć tę historię, gdyby nie to, że
bardziej stresująca część jeszcze była przede mną…
Po zakończeniu imprezy okazało się, że nie można
zjechać na dół, gdyż kolejka jest nieczynna, ze względu na
wyładowania atmosferyczne. Oprócz tego dochodziły wieści, iż
droga w kierunku Jeleniej Góry jest nieprzejezdna. Nie miałem
też kontaktu z rodziną, wiedząc, że wybrali się z Bogatyni do
Szklarskiej Poręby i po drodze utknęli w czeskim mieście
Frydland. Po nerwowym oczekiwaniu kolejkę uruchomiono
i podjęliśmy z Wojtkiem decyzję, że czas ruszać w drogę.
W międzyczasie dodzwoniłem się do żony, dowiadując się, że
miasto, w którym utknęli, jest całkowicie zalane. Ewakuowano
ich na dworzec kolejowy, z którego po kilku godzinach ruszyli
pieszo z powrotem do Bogatyni. Gdy po kilkunastokilometrowym
marszu udało im się dotrzeć na miejsce, ujrzeli
krajobraz jak po bitwie, na szczęście dom, w którym mieszkali,
nie był zalany. Poczułem wtedy ulgę, lecz jednocześnie chęć, aby
jak najszybciej tam się znaleźć. Zastanawialiśmy się z Wojtkiem,
którędy jechać i doszliśmy do wniosku, że najlepiej będzie przez
czeski Liberec. Mój towarzysz także przeżywał nerwowe chwile,
ponieważ co jakiś czas żona dzwoniła do niego, że woda wdziera
się do piwnic ich domu. Na domiar złego w Harrachowie
zatrzymała nas policja. Kiedy usłyszeli, że jedziemy do Bogatyni
przez Liberec stwierdzili, że tamtędy nie przejedziemy, gdyż
Liberec jest częściowo zalany. Wiadomo, że Polak… itd.
Pojechaliśmy więc dalej. Przy wjeździe do miasta drogi
były już częściowo pozamykane, ze względu na powódź, a przede
wszystkim ta, która interesowała nas najbardziej. Przy
przejeżdżaniu przez wiadukt zobaczyliśmy w dole pozalewane
ulice, wystające z wody dachy samochodów. Na drogach
tworzyły się korki, w powietrzu można było wyczuć atmosferę
nerwowości, paniki wręcz. Nad nami krążyły śmigłowce
ratunkowe i stacji telewizyjnych. Wokół słychać było wycie
najrozmaitszych „syren". Pomyślałem, że mamy przerąbane.
Po krótkiej naradzie postanowiliśmy spróbować przebić się do
Niemiec. Nie będę tu opisywał całej drogi, ale po niemałym
trudzie udało nam się dotrzeć do niemieckiego miasteczka Zittau.
Myśleliśmy, że może tutaj uda nam się przeprawić na drugą stronę
Nysy. I co… zamiast ulic płynęły rzeki, mosty i drogi także były
pozamykane. Po tym wszystkim kolana zaczęły się pode mną
uginać. Nasza jazda po mieście wyglądała tak, że aby przejechać
na drugą stronę ulicy Wojtek zdjął buty, podwinął spodnie i aby
zbadać teren przechodził najpierw pieszo przez wodę, a za nim ja
przejeżdżałem samochodem.
Znowu narada i decyzja, aby jechać „w górę" Niemiec
na Libau. Po drodze znowu blokada policyjna. Szczęka mi
opadła. Jak tu się z nimi dogadać? Zadzwoniłem do córki, która
studiuje germanistykę, aby spytała ich, czy przejedziemy tędy do
Libau, i czy nas przepuszczą. Facet miał zdziwioną minę, gdy
podszedłem podając mu telefon, ale wziął go przykładając do
ucha. Po krótkiej chwili usłyszałem szwargotanie w pogańskim
języku, jakieś „klajne". Okazało się, że przejedziemy małym
objazdem. Ruszliśmy, a ja zastanawiałem się, czy na to „klajne"
wystarczy mi paliwa. W międzyczasie miałem telefon od córki,
nakrzyczała, że mamy zawrócić i przeczekać(!), gdyż w kierunku
Zgorzelca idzie sześciometrowa fala wody. Nie muszę tu mówić,
iż bardzo „podbudowała mnie" tym. Po przejechaniu kilkunastu
kilometrów jakimiś opłotkami dotarliśmy do głównej drogi, a tu
barykada z worków z piaskiem, aby woda nie spływała na główną
drogę. Popatrzyliśmy na siebie, w dole stały wozy straży pożarnej
i policji. Szybka decyzja… nie uśmiechało nam się wracać,
mieliśmy dość. Wojtek ciągle na boso, a ja w butach
wyskoczyliśmy do wody i błyskawicznie odstawiliśmy worki tak,
aby móc przejechać. Przemknąłem szczeliną na główną drogę, ku
wolności, a następnie uporządkowaliśmy z powrotem barykadę.
Tak szybko to zrobiliśmy, że nikt chyba nie zauważył. Nadzieja
wstąpiła w serca. Teraz było już blisko. Pozostał tylko wyścig
z czasem. Naciskałem ostro na gaz i tak minęliśmy Libau. Przed
nami tylko Zgorzelec. Stwierdziliśmy, że most w mieście może
być zamknięty, dlatego skierowaliśmy się na most autostradowy
w Jędrzychowicach, a gdy widzieliśmy, że ruch aut od strony
Zgorzelca jest płynny wiedzieliśmy, że się uda.
O 22 na oparach paliwa zatrzymałem samochód na
stacji benzynowej w Zgorzelcu. Zdążyliśmy! Poczułem ogromną
ulgę. Wojtek miał przenocować u rodziców w Zgorzelcu, gdyż
droga do Bogatyni była nieprzejezdna, ja zaś cóż, jak na
skrzydłach pomknąłem do Uniejowa. 360 km było dosłownie
spacerkiem po bułeczki w porównaniu z wcześniejszymi
przeżyciami.
Tak oto zakończyła się kolejna przygoda, która zostaje
gdzieś, w zakamarkach umysłu do końca życia. Narodziła się zaś
nowa, prawdziwa, męska przyjaźń…
Włodzimierz Chajdas
Maraton Karkonoski i nie tylko…
 Włodzimierz Chajdas